Dzisiaj jest 18 sierpnia 2018 r.
  Nr 7 (168) Lipiec 2005
 Nr 7 (168) Lipiec 2005  Informator > Czytaj artykuł  Zobacz koniecznie



W numerze:

Jubileusz 125-lecia „Jedynki”
Zygmunt Jurczyk – więzień Stutthofu cz. II
Nowy pawilon wizytówką firmy
Powitanie lata
Poświęcenie krzyża i letni piknik


Wydawca:
Miejska Biblioteka Publiczna im. Księdza Bernarda Sychty w Pelplinie

Adres redakcji:
ul. Sambora 5a
83-130 Pelplin

tel. 58 536 33 43
kom. 609 929 809

e-mail:
biblioteka@pelplin.pl, informator@pelplin.pl


Pelplińskie życiorysy
Zygmunt Jurczyk – więzień Stutthofu cz. II


Do Stutthofu Zygmunt Jurczyk trafił jako więzień polityczny na pobyt bezterminowy, otrzymując numer 24198 i czerwony winkiel na odzieży. Wszyscy więźniowie zobowiązani byli do przyszycia nadanych im oznaczeń (winkiel i numer) na ubraniu z lewej strony – na marynarce i lewej nogawce spodni u góry. W KL Stutthof nie tatuowano więźniów.
Jurczyk osadzony został prawdopodobnie w bloku V, zamieszkałym przez więźniów politycznych (Polizeihäftlige).
Po przybyciu do obozu więźniowie oczekiwali na przyjęcie przed „Bramą Śmierci”. Przyjęcie w poczet więźniów poprzedzało strzyżenie tępymi brzytwami i kąpiel. Następnie więźniowie otrzymywali obozowe ubranie (spodnie i kurtkę z cienkiej drelichowej tkaniny w szaroniebieskie podłużne pasy oraz okrągłą czapkę). Na nogi dawano drewniane buty, tzw. klumpy.
Wszystkim czynnościom związanym z przyjęciem do obozu towarzyszyło popędzanie, bicie i wyzwiska.
W swoich wspomnieniach z obozu w Stutthofie tak napisała Kociewiaczka Waleria Felchnerowska: „Kto nie zetknął się z atmosferą obozu zagłady, nie słyszał krzyku rozpaczy bitych i poniewieranych więźniów, nie widział głodnych, chorych, marznących, umierających w błocie, we wszach i w piecach krematorium, nie litował się nad losem maszerujących kościotrupów, szarpanych przez psy przy dźwiękach orkiestry składającej się z więźniów – kościotrupów, ten nie uwierzy, że w obozie może być tak źle. Ja nigdy nie zapomnę tej okropnej atmosfery obozu zagłady, gdzie na każdych 10 osób tylko 3 osoby pozostały przy życiu…”
Instynkt życia, wola przetrwania, naturalne cechy każdego człowieka powodowały, że system wytworzony przez hitlerowców uzależniał ocalenie życia przynajmniej pozornie od uległości. Jednocześnie, pomimo szeregu olbrzymich trudności, więzień rozpoczynał walkę z narzuconym mu porządkiem. Walka ta przybierała różne formy, od najbardziej prostych, spontanicznych, do lepiej przemyślanych i zorganizowanych.
Zygmunt Jurczyk był człowiekiem silnym i sprawnym fizycznie. W czasie pobytu w obozie uprawiał boks. W potyczkach pięściarskich zwyciężał swoich przeciwników. Był to jego sposób na przetrwanie. Tak było do czasu, kiedy pokonał wysoko postawionego funkcjonariusza obozowego. Od tego momentu był bardziej represjonowany i gnębiony. Niemiec nie potrafił zapomnieć mu tej porażki.
Jan Jurczyk, ojciec Zygmunta, próbował uzyskać dla syna zwolnienie z obozu. Apelacje zgłaszał u najwyższych władz. Odpowiedziano mu, iż ma się cieszyć, że w Stutthofie znalazł się tylko syn, gdyż mogła być aresztowana cała rodzina.
Klęski, jakie poniosły wojska niemieckie na froncie wschodnim w 1943 r. oraz szybkie tempo radzieckiej ofensywy w roku 1944 spowodowały, iż władze Trzeciej Rzeszy zaczęły brać pod uwagę możliwość utraty okupowanych terenów wschodnich. Naglącą stała się sprawa przygotowania akcji „spalonej ziemi” i związana z nią ewakuacja ludności. Rozkaz Himmlera dotyczył również ewakuacji obozów koncentracyjnych i przetransportowania więźniów do obozów położonych dalej od linii frontu.
Gdy po 20 stycznia 1945 r. wojska radzieckie zbliżyły się do Elbląga i Malborka, a od Stutthofu dzieliła je odległość 40-50 km, komendant obozu Hoppe wydał rozkaz ewakuacji więźniów. Przewidywano siedmiodniowy marsz do odległego o 130 km Lęborka. 25 stycznia rozpoczął się „marsz śmierci”. W ciągu dwóch dni na trasę ewakuacji wyszło około 11.600 więźniów w 9 kolumnach.
Zygmunt Jurczyk znalazł się w kolumnie trzeciej, którą stanowili więźniowie z bloków V i VII, Polacy, Rosjanie, Duńczycy, Czesi, Niemcy, Norwegowie. Kolumna liczyła około 1.600 osób.
Więźniowie wyczerpani fizycznie, głodni i często chorzy, nie mogli sprostać trudom marszu. Codziennie przebywali ponad 20 km brnąc w głębokim śniegu, przy temperaturze -20ºC. Miejsca postoju wybierano przypadkowo, na nocleg zamykano więźniów w dużych stodołach, oborach i kościołach. Upadających na śnieg, którzy nie mogli dotrzymać kroku maszerującej kolumnie, eskortujący esesmani rozstrzeliwali.
Kolumny więźniów nie dotarły do Lęborka, lecz zostały skierowane do tzw. obozów ewakuacyjnych w rejonie tej miejscowości i Wejherowa. Na trasie „marszu śmierci” i w czasie pobytu w obozach ewakuacyjnych zginęło około 4.300 osób. Liczba ofiar byłaby znacznie większa, gdyby nie pomoc ludności kaszubskiej. Na hasło „Stotthof idzie” przynoszono żywność i odzież, starając się dostarczyć je więźniom, mimo narażania się na pobicie przez eskortę.
Kolumny dotarły do obozów ewakuacyjnych po 11 dniach marszu, w czasie których pokonały 120-170 km.
Zygmunt Jurczyk znalazł się w obozie w Nawczu. Obóz ten, podobnie jak inne, nie zapewniał więźniom najprostszych warunków do życia. Brak opieki lekarskiej, choroby, głód, powodowały wysoką śmiertelność. W tych warunkach tysiące więźniów przetrzymywanych było przez ponad 5 tygodni, to jest do chwili wyzwolenia przez wojska radzieckie w dniach 9-10 marca.
Według danych uzyskanych z Państwowego Muzeum Stutthof w Sztutowie, Zygmunt Jurczyk zmarł w szpitalu w miejscowości Nawcz w dniu 22 marca 1945 r. Pochowany został prawdopodobnie w zbiorowej mogile w Strzepczu.


Autor: Opracowano m.in. na podstawie relacji osób i publikacji książkowych.



Pelplin Miasto z duszą
Biblioteka Pelplin
 Informator Pelpliński - [ Czytaj ] [ Archiwum ] [ Kontakt ] - R-net 2003